Informacje praktyczne o Sztokholmie

W tym roku na spędzenie rodzinnego urlopu wybraliśmy Szwecję, a dokładniej jej stolicę Sztokholm. Wybór miejsca wypoczynku uwarunkowany był od możliwości zakupu w miarę niedrogich biletów lotniczych. Z uwagi na tryb naszej pracy nigdy nie wiemy, czy otrzymamy w zaplanowanym terminie urlop, więc nie możemy rezerwować wyjazdów ze znacznym wyprzedzeniem.

Wyboru nie mieliśmy zbyt wielkiego. W rozsądnej cenie w tym terminie znalazłam tylko loty do Mediolanu i Sztokholmu. W przeprowadzonym demokratycznie głosowaniu stosunkiem głosów 3:0 (a więc jednogłośnie) zwyciężyła stolica Szwecji. Tak więc na początku lipca dokonałam rezerwacji biletów lotniczych u naszego narodowego przewoźnika. Koszt biletu zamknął się w kwocie około 500 zł za osobę, co stanowi górną granicę akceptowalnej przeze mnie ceny przelotu po Europie. Samolot mieliśmy 23 sierpnia o godzinie 7.45, a powrót 30 sierpnia 2014 roku o godzinie 19.30, a więc w sumie w Szwecji spędziliśmy 8 dni. Dzięki tak dobrze rozłożonym godzinom przylotu i odlotu zyskaliśmy na zwiedzanie dodatkowo 2 dni (dwie soboty).

Samolot z Okęcia wystartował punktualnie i po 1,5 godziny lotu wylądowaliśmy na lotnisku Arlanda. Sztokholm posiada trzy lotniska obsługujące ruch pasażerski. Najbliżej miasta w odległości 8 kilometrów znajduje się lotnisko Bromma , gdzie lądują samoloty lokalnych przewoźników i ruch czarterowy. Głównym lotniskiem Szwecji jest położone w odległości 40 kilometrów lotnisko Arlanda. Tam właśnie lądują samoloty międzynarodowych przewoźników. Najdalej od centrum (100 km) leży lotnisko Skavsta, na którym lądują samoloty tanich linii lotniczych.

Najtańszym sposobem dojazdu z lotniska do centrum miasta jest skorzystanie z autobusu firmy Flygbussarna. Autobusy z lotniska odjeżdżają co kilkanaście minut, a godziny ich odjazdu dostosowane są do przylotu samolotów. Po przyjściu na przystanek autobusowy okazało się, że autobus już czekał. Niestety nie udało nam się dostać do środka ze względu na brak miejsca w bagażniku na zapakowanie bagażu. Chociaż wewnątrz były wolne miejsca autobus zabrał tylko osoby bez bagażu i te, które miały mały bagaż podręczny, bez problemu mieszczący się wewnątrz pojazdu. Po chwili podjechał drugi autobus, do którego udało się nam się wsiąść, chociaż tego dnia z samego rana przyleciało kilka samolotów i jednocześnie na przystanku pojawiło się mnóstwo ludzi.

Bilet kupiliśmy u kierowcy w autobusie – kosztował 430 SEK (208 zł) za trzy osoby w dwie strony. Kierowca zachęcał nas do zakupu od razu biletu powrotnego, bo wówczas mógłby udzielić nam zniżki. Tak też zrobiliśmy i cena biletów okazała się bardzo atrakcyjna, o wiele niższa niż gdybyśmy kupili bilety przez Internet. Dokonując zakupu biletów w autobusie trzeba mieć kartą płatniczą, gdyż nie ma możliwości płatności gotówką. Tak na marginesie dodam, że nie ma potrzeby zabierać ze sobą większej ilości gotówki, gdyż wszędzie można płacić kartą, a w niektórych miejscach nie przyjmują płatności gotówką. Z taką sytuacją spotkaliśmy się w niektórych muzeach, a nawet wchodząc do kościoła, który chcieliśmy zwiedzić i gdzie obowiązywały bilety wstępu. W jednym z kościołów widzieliśmy nawet automat, który służył do składania ofiar pieniężnych na rzecz kościoła.
Po pięćdziesięciu minutach jazdy dojechaliśmy do przystanku Cityterminalen w samym centrum Sztokholmu, gdzie autobusy jadące z lotniska kończą bieg. Szybszym, ale o wiele droższym sposobem dojazdu z lotniska jest przejazd szybkim pociągiem Arlanda Express. Jazda zajmuje tylko dwadzieścia minut.

Spod dworca udaliśmy się do naszego hotelu położonego niecałe dwa kilometry od centrum Sztokholmu. Hotel starałam się wybrać jak najbliżej Starego Miasta, jednak z uwagi na dość późny termin rezerwacji nie miałam zbyt dużego wyboru. Udało mi się znaleźć dwugwiazdkowy hotel położony w centrum parku przy końcu ulicy Sveavägen. Przeglądając ofertę na portalu booking.com, gdzie najczęściej dokonuję rezerwacji bardzo zdziwiłam się, że do wyboru jest dużo pokoi, które nie mają okna. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takimi ofertami i tylko raz słyszałam od znajomej osoby, że nocowała w pokoju bez okna w hotelu w Malezji.

Patrząc na wygląd pokoju zdecydowałam się wybrać trzyosobowy pokój z oknem, ale na miejscu okazało się, że jest ono nieotwieralne. Po drugiej stronie korytarza zlokalizowano pokoje dwuosobowe, które nie miały okna. Na szczęście nie było zbyt gorąco, więc w pokoju spokojnie dało się wytrzymać. Ciekawostką okazała się też szerokość korytarzy, które były tak wąskie, że dwie osoby z trudem mogły się minąć, a rozłożywszy ramiona nie dało się wyprostować rąk na całej szerokości korytarza. W sumie za cały pobyt trzech osób zapłaciłam 5565 koron szwedzkich (2686 zł), co wydaje mi się atrakcyjną ceną za nocleg w Sztokholmie.

Wielkim plusem okazało się śniadanie wliczone cenę pokoju. Śniadanie serwowano w formie szwedzkiego stołu w sali restauracyjnej w dni powszednie już od godziny 7.00, a w sobotę i niedzielę od 8.00, więc była to dobra pora, aby zaraz po nim wyruszyć na zwiedzanie miasta. Nie było ono zbyt urozmaicone, bo codziennie podawano te same potrawy, ale było bardzo smaczne. Serwowano szwedzką szynkę (skinka), ser (ost), dżem i muesli z przepysznym gęstym jogurtem. Jako dodatek podawano ogórki (gurka), które były krojone na cienkie plasterki wraz ze skórką na specjalnej krajalnicy przypominającej tarkę. Do tego podawano różne gatunki bułek, a z napojów herbatę i kawę.

Nasz hotel posiadał odkryty basen, który był ogólnie dostępny dla mieszkańców Sztokholmu, a goście hotelowi mieli do niego dostęp za darmo. Z przerażeniem obserwowałam ludzi, którzy o godzinie siódmej rano zażywali w nim kąpieli, przy temperaturze powietrza około 16 stopni, podczas gdy ja ubrana byłam w bluzę lub kurtkę. Chętnych nie brakowało i był on dużą atrakcją dla hotelowych gości. Tylko z postawionych obok basenu leżaków nikt nie zdecydował się korzystać.

Noclegi w Sztokholmie należy rezerwować z wyprzedzeniem, gdyż w okresie letnim miasto cieszy się dużą popularnością. Obok tradycyjnych hoteli, czy hosteli można wybrać nocleg na jednym ze statków cumujących przy nadbrzeżu w okolicach Starego Miasta.

Ceny jedzenia w Sztokholmie należą do dość wysokich. Nie planowaliśmy jadać w restauracjach. Ceny obiadu zaczynają się od 160 SEK, przy czym nie były to jakieś specjalnie wyszukane dania, na które warto byłoby się skusić. Zwykłe hamburgery kosztują w granicach 35 – 40 zł. Jedzenie zatem kupowaliśmy w sklepach. Zakupy najczęściej robiliśmy w położonym niedaleko naszego hotelu supermarkecie Coop Extra, czasami w Lidlu. Przykładowe ceny: cały grillowany kurczak w Coopie kosztował 25 zł, gotowe szaszłyki 12 zł/sztukę, sok pomarańczowy w opakowaniu 2 litrowym – 14 zł. Z pieczywa najczęściej kupowaliśmy bagietki, których ceny wahały się 5 – 10 zł za sztukę w zależności od sklepu. Słysząc wcześniej o horrendalnie wysokich cenach w Szwecji niewielkie ilości jedzenia przywieźliśmy ze sobą, chociaż zazwyczaj staramy się tego nie robić. Za granicą przywiezione jedzenie zupełnie nam nie smakuje i później mamy tylko problem co z nim zrobić. Jeśli chodzi o jedzenie, to jeśli nie planuje się jadania w restauracjach, można w rozsądnej cenie znaleźć coś dla siebie w sklepach i wcale nie jest to wydatek rujnujący budżet.

 Komunikacja miejska w Sztokholmie jest bardzo dobrze rozwinięta. Są autobusy, tramwaje, jest metro oraz szybka kolej miejska i podmiejska. Przy częstych przejazdach najkorzystniejszą opcją jest kupienie biletu czasowego: np. dobowego lub trzydniowego. Z uwagi na położenie naszego hotelu niedaleko centrum z komunikacji miejskiej skorzystaliśmy tylko raz – przejeżdżając metrem spod uniwersytetu obok którego mieściło się Muzeum Historii Naturalnej do centrum. Bilet jednorazowy ważny godzinę kosztował 36 SEK (17 zł).
Bardzo popularnym środkiem transportu wśród mieszkańców Sztokholmu są rowery. Miasto posiada setki kilometrów ścieżek rowerowych, a na wielu ulicach miast można zobaczyć większą liczbę osób przemieszczających się na rowerach niż samochodami. Częstym widokiem są też „parkingi rowerowe”, które zajmują duże powierzchnie. Gęsto poustawiane jeden przy drugim rowery parkowane są także wzdłuż chodników. Czasami jest ich tak dużo, że trudno się między nimi przecisnąć. Zauważyłam, że jeśli chodzi o modele to nie są one zbyt nowoczesne. Takie zwykłe, bez wyszukanych dodatków, bardziej przypominają mojego „składaka”, którego dostałam jako prezent pierwszokomunijny wiele lat temu, niż te „wypasione”, które można spotkać na ulicach polskich miast.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.