San Leo – niezdobyta twierdza

San Leo położone jest w odległości 32 kilometrów od Rimini i 20 kilometrów od San Marino. Jest to maleńka miejscowość należąca do regionu Emilia Romania, chociaż kiedyś należała do Marche. W wyniku przeprowadzonego referendum mieszkańcy zadecydowali o jej przynależności terytorialnej i zmianie regionu.

Historia miejscowości, podobnie jak historia sąsiedniego San Marino jest związana z postaciami Świętego Marina i Świętego Leona. Obaj święci przybyli z Dalmacji, najpierw do Rimini, a następnie do San Marino. Tam wystawili kościół Świętego Piotra. Święty Marin pozostał w San Marino, natomiast Święty Leon udał się na pobliskie wzgórze Montefeltro, gdzie założył własną pustelnię. To właśnie od jego imienia pochodzi nazwa miejscowości.

Największą atrakcją San Leo jest twierdza (Rocca Fortezza) wybudowana na zlecenie Federico del Montefeltro. Twierdza podobnie jak wiele innych starożytnych zamków, w tym te położone w sąsiednim San Marino pełniła rolę więzienia, w którym przetrzymywano pospolitych przestępców, a także wrogów Watykanu.

Najbardziej znanym więźniem był włoski awanturnik Giuseppe Balsamo, hrabia di Cagliostro. Była to niezwykle barwna i ciekawa postać. Człowiek ten przez niektórych uważany za oszusta i fałszerza cieszył się także sławą alchemika, uzdrowiciela i czarownika. W ciągu swego życia stał się ważną postacią w kręgach masońskich i za herezję został uwięziony w twierdzy San Leo. Początkowo został osadzony w zwykłej celi, ale z obawy przed jego czarodziejskimi sztuczkami został przeniesiony do specjalnego pomieszczenia bez drzwi przypominającego studnię, do którego prowadziła jedynie zapadnia w podłodze. Poprzez nią spuszczano więźniowi jedzenie na linie, nie narażając się na spotkanie z jego czarami. On sam mógł natomiast patrzeć przez zakratowane okno na San Leo i miejscowości położone w okolicy. Hrabia Alessandro di Cagliostro po czterech latach spędzonych w celi zmarł w wyniku apopleksji. Do dziś krąży legenda, że jego ciało w tajemniczy sposób zniknęło, ponieważ wynalazł eliksir nieśmiertelności, a w ziemi spoczęła pusta trumna. Kiedy po latach otwarto grób, okazało się, że jest pusty i nie znaleziono w nim ciała.

Wnętrze twierdzy jest udostępnione do zwiedzania. Znajdują się tu pamiątki po masońskiej przeszłości twierdzy San Leo, kolekcje broni i narzędzia tortur.

W San Leo kilka wieków wcześniej przebywał Dante Alighieri, który wziął je za model swojego „Czyśćca” i opisał w „Boskiej Komedii”. Miejscowość odwiedził także późniejszy święty, Franciszek z Asyżu, a jego postać jest dziś umieszczona w herbie miasta. W swej historii San Leo przez dwa lata dostąpiło zaszczytu bycia stolicą Włoch.

W San Leo znajdują się dwa kościoły wybudowane z miejscowego piaskowca w stylu romańskim. Starszy to kościół parafialny Santa Maria Assunta. Za kościołem znajduje się założona przez Świętego Leona kaplica, świadcząca o chrystianizacji tego terenu we wczesnych wiekach naszej ery.

Nowszy kościół to katedra Świętego Leona (Cattedrale di San Leone) zbudowany na miejscu dawnej świątyni Jowisza. Katedra ma formę krzyża łacińskiego złożonego z trzech naw. W podziemiach katedry znajdują się liczne groby, gdzie pochowani są członkowie starych rodzin szlacheckich miasta. W krypcie zachowała się pokrywa sarkofagu Świętego Leona, który pierwotnie został pochowany w kaplicy za kościołem Santa Maria Assunta. Na początku XII wieku niemiecki cesarz Henryk II wracając z Rzymu, po zwycięskich bitwach nad Grekami i Saracenami postanowił je zabrać do Niemiec. Podobno konie wiozące zwłoki wkrótce po wyruszeniu odmówiły dalszej jazdy i ostatecznie szczątki świętego spoczęły w miejscowości Voghenza koło Ferrary.

W krajobrazie San Leo widoczna jest też ponad trzydziestometrowa wieża strażnicza (La Torre Civica), podobnie jak pozostałe budowle zbudowana z piaskowca. Wieża jest prostokątna na zewnątrz, natomiast wewnątrz jest okrągła. Z czasem wieża strażnicza została przebudowana i stała się dzwonnicą kościoła, a na jej wierzchołku umieszczono dzwon.

Warte zobaczenia są też renesansowe pałace : Palazzo Mediceo, Palazzo Della Rovere i Palazzo Nardini.

W Palazzo Mediceo mieści się obecnie Muzeum Diecezjalne Sztuki Sakralnej (Museo d’Arte Sacra) i biuro informacji turystycznej. Pałac został wybudowany dla gubernatora San Leo i Montefeltro, który sprawował rządy w imieniu Republiki Florenckiej. Nad wejściem umieszczono herb miasta Florencji – wyrzeźbioną w kamieniu lilię.

Palazzo Della Rovere jest to pierwszy budynek, który mija się po przejściu przez bramę wejściową do San Leo. Został on wzniesiony jako rezydencja hrabiów i książąt Montefeltro i Urbino. Obecnie mieści się w nim ratusz.

Palazzo Nardini (Oratorium di San Francesco D’Assisi) – gościem tego pałacu był Święty Franciszek z Asyżu.

W San Leo znajduje się pomnik upamiętniający poległych żołnierzy w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej.

Zanim jednak będziemy mieli możliwość podziwiania zabytków San Leo trzeba do niego dojechać. Dojazd samochodem jest bardzo łatwy i szybki. Trudniej dostać się komunikacją publiczną. Udało mi się znaleźć połączenie autobusowe z Rimini. W ciągu dnia do San Leo odjeżdżały zaledwie trzy autobusy, a z powrotem przyjeżdżały cztery. O ile z Rimini do San Leo można dojechać bezpośrednio, to z powrotem nie ma takiej możliwości – trzeba się przesiąść w miejscowości Pietracuta (dziesięć kilometrów od San Leo) i złapać autobus jadący do Rimini.

Przejazd z Rimini do San Leo ze względu na niewielką odległość zajmuje niewiele czasu. Autobus nie wjeżdża do samego miasta. Byłam trochę zaskoczona, gdy kierowca zatrzymał się na poboczu drogi i poinformował wszystkich wysiadających, że do miasteczka należy dojść drogą, która prowadzi prosto pod górę. Mimo, że autobus był pełen ludzi w San Leo wysiadło niewiele osób: my trzy (ja, moja córka i siostra), rosyjska rodzina: rodzice i dwójka dzieci w wieku 10-12 lat i jeszcze jeden rosyjski turysta, podróżujący samotnie. Była to dla mnie miła niespodzianka, po wcześniejszej wizycie w San Marino, do którego przybywały tłumy ludzi. Wszyscy ruszyliśmy wskazaną drogą i po kilku minutach dotarliśmy do miasta.

Na początku udałyśmy się do punktu informacji turystycznej, aby zaopatrzyć się w mapkę miejscowości i zlokalizować przystanek autobusowy. Okazało się, że w centrum San Leo nie ma przystanku, a autobus zabiera pasażerów zatrzymując się przy fontannie. Po wyjściu z punktu informacyjnego rozejrzałam się dokładnie, czy nie przeoczyłam znaku oznaczającego przystanek. Niczego nie przeoczyłam – po prostu takiego znaku nie było.

Do San Leo przyjechałyśmy koło południa. Autobus powrotny odjeżdżał o 18.00. Nie miałyśmy  pojęcia jak duże jest miasteczko i ile czasu zajmie zwiedzanie, więc nie zwlekając najbliższą uliczką udałyśmy się w kierunku kościołów. Okazało się, za San Leo jest maleńkie, w godzinę można wszystko obejść, spacerując bez pośpiechu. Do czasu odjazdu autobusu pozostało nam kilka godzin. Zastanawiałyśmy się jak wypełnić wolny czas.

Rozpoczęłyśmy od podziwiania pięknych widoków, z platformy widokowej, która znajduje się przy pomniku. Po kolei przysiadałyśmy na ławeczkach, które rozstawiono z każdej strony pomnika, wzdłuż muru zabezpieczającego. Pogoda była słoneczna, a widoki tak wspaniałe, że trudno było oderwać od nich wzrok. Później po raz drugi zwiedziłyśmy obydwa kościoły, następnie kilkakrotnie przespacerowałyśmy się wąskimi uliczkami, posiedziałyśmy na ławeczce przy fontannie, zajrzałyśmy do otwartych sklepików, poobserwowałyśmy przechodzących nielicznych turystów – a oni nas.

Gdy spojrzałam na zegarek właśnie dochodziła 14. Uznałyśmy, że czas się posilić i postanowiłyśmy wstąpić do pizzerii. Zamówiłyśmy pizzę – ja chciałam z grzybami, a moja córka z oliwkami. Za dziesięć minut rozpoczynała się sjesta. Żartując zastanawiałyśmy się, czy kelner zdąży nam je przynieść przed sjestą, czy też otrzymamy ją za dwie godziny. W zasadzie to było nam wszystko jedno, przecież miałyśmy mnóstwo wolnego czasu. Po kwadransie kelner energicznym krokiem podszedł do naszego stolika wnosząc pizze. Patrząc na nie z trudem powstrzymywałyśmy się od śmiechu – pizze były w opcji „full wypas”, jednocześnie z oliwkami, grzybami, mnóstwem sera. Trochę się nie dogadaliśmy, ale nie stanowiło to problemu. Stwierdziłyśmy, że damy radę je zjeść, przecież mamy czas.

Niespiesznie zjadłyśmy pizze, trochę jeszcze posiedziałyśmy przy stoliku rozglądając się wokół. Chciałoby się powiedzieć: La dolce vita … tak, prawdziwe włoskie życie. Gdy już uznałyśmy, że się nasiedziałyśmy, znowu padło pytanie „co robimy?”. Pomysłów miałyśmy mnóstwo i zaczęłyśmy je realizować: siadłyśmy na ławeczce podziwiając widoki, przespacerowałyśmy się uliczkami miasta, zwiedziłyśmy kościoły (tym razem tylko z zewnątrz) …..

i dotrwałyśmy do godziny 17.00.

O 17.00 miałyśmy dosyć siedzenia i chodzenia. Do odjazdu autobusu została godzina – postanowiłyśmy więc … postać przy fontannie. W międzyczasie wokół zaczęło się dużo dziać: dwoma busami przyjechała grupa turystów, seniorów z któregoś z państw skandynawskich. Tłumnie wylegli na uliczki San Leo i za przewodniczką szybkim krokiem udali się na spacer, w pośpiechu robiąc zakupy w miejscowych sklepikach. Zbiórkę mieli przy fontannie, więc przez pewien czas stali razem z nami. Zwiedzanie zajęło im dwadzieścia minut, po czym podjechały busiki, wszyscy wsiedli i za chwilę już ich nie było. Znowu przy fontannie zostałyśmy same.

W końcu nadszedł czas odjazdu naszego autobusu. Przyjechał punktualnie. Miejsc w środku było zaledwie dziesięć. Do autobusu wsiadło siedem osób. Zastanawiam się co by się działo, gdyby turystów było więcej. Czy zostałybyśmy uwięzione w San Leo? W końcu to przecież twierdza. To był ostatni autobus tego dnia. Wsiadłyśmy do środka i kupiłyśmy bilety wewnątrz autobusu w automacie, którego nie potrafiłyśmy właściwie obsłużyć. Pomógł nam sympatyczny kierowca. Po chwili busik ruszył w drogę. Na następnym przystanku wsiedli Rosjanie, którzy z nami przyjechali. Kierowca zabrał wszystkich oczekujących, w sumie o dwie osoby więcej, niż było miejsc siedzących. Siedząc na końcu posunęłyśmy się tak, aby wszyscy mogli zająć miejsce siedzące i autobus z wielkim impetem wyruszył w drogę. Droga była kręta i prowadziła stromo w dół, ale dla naszego kierowcy nie miało to znaczenia. Na pełnym gazie pokonywał zakręty. Pomyślałam, że taka jazda to „rozrywka” lepsza niż przejazd kolejką iSpeed, czy Katun w pobliskiej Mirabilandii. Ponieważ nie jestem zwolenniczką tego typu atrakcji, zamknęłam oczy, żeby nie patrzeć na drogę przed nami. Do miejscowości Pietracuta dojechaliśmy punktualnie i pozostały nam całe dwie minuty oczekiwania na autobus, jadący do Rimini. Ten także przyjechał punktualnie. Siedząc już w środku próbowałam złapać oddech po atrakcjach w poprzednim. Z trudem mi się to udawało. W końcu dojechaliśmy do Rimini i stanęliśmy w korku. Uff … Chyba pierwszy raz w życiu ucieszyłam się z ulicznych korków.

3 Komentarze

  1. Widzę że ma Pani za sobą kawał świata. Ja też byłam we Włoszech tyle, że w Rzymie w Sorrento i Capri. Nie chciało mi się wracać do kraju. Przepiękne miejsca. Tak samo widzę na tych zdjęciach. Rewelacja.

  2. Jakieś 10 lat temu także odwiedziłem San Leo, i to dwukrotnie. Magiczna atmosfera prawdziwych Włoch. O dziwo niezbyt wielu turystów. Już samo spożycie lodów w sympatycznej małej knajpce z miłą obsługą to coś, co warto wspominać do dziś. Piękne widoki niemal w każdym kierunku. Uważam, ze San Marino można sobie podarować, ale San Leo to miejsce, do którego warto wracać.

    • Myślę, że jedno i drugie miejsce warte jest zobaczenia dla kogoś kto jedzie po raz pierwszy. Jednak gdybym miała wrócić ponownie to też wybrałabym San Leo.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.