Chochołów – żywy skansen podhalańskiej wsi

Po długim spacerze z Gubałówki przez Dzianisz dotarłam do celu mojej wędrówki – Chochołowa. Wieś spodobała mi się od razu. Z przyjemnością szłam drogą oglądając oryginalne drewniane chałupy, pokryte gontowymi dachami, stojące szczytem do drogi. Taki typ zabudowy nazywa się ulicówką.

Najstarsze domy wybudowano w XVIII i XIX wieku. Patrząc na ich jasny kolor ma się wrażenie, że powstały zupełnie niedawno. Jasna barwa drewna wiąże się z miejscową tradycją mycia, a w zasadzie szorowania chałup wodą z mydłem, szczególnie przed Świętami Wielkanocnymi i Bożym Ciałem. Do najciekawszych domów należy „chata z jednej jedli”, zbudowana z jednego pnia potężnej jodły.

Historia samego Chochołowa jest bardzo interesująca. Osadę założono już w XVI wieku. Z dokumentu z 1592 roku wystawiony przez kancelarię króla Zygmunta III Wazy można dowiedzieć się, że pierwszym sołtysem wsi został Bartłomiej Kluska zwany Chochołowskim.

Najstarszym budynkiem w Chochołowie jest chałupa Bafiów, zbudowana w 1798 roku. Mieści się w niej Muzeum Powstania Chochołowskiego.

Powstanie Chochołowskie, zwane w gwarze „poruseństwem” było zbrojnym wystąpieniem górali z Chochołowa Cichego, Dzianisza i Witowa, skierowanym przeciwko władzom austriackim, chociaż prawdziwą przyczyną jego wybuchu były względy ekonomiczne. Nie udało mi się zwiedzić muzeum w środku, ponieważ po drodze natrafiłam na potężną burzę z piorunami, którą musiałam przeczekać na przystanku i w kościółku w Dzianiszu. Straciłam dobrą godzinę i do Chochołowa dotarłam pół godziny po jego zamknięciu. O ekspozycjach znajdujących się w muzeum mogłam tylko przeczytać na tablicy informacyjnej, która znajduje się na budynku. Muzeum Powstania Chochołowskiego obejmuje dwie izby: czarną, w której zgromadzono sprzęty codziennego użytki i białą z rzeczami odświętnymi.

Postanowiłam zrobić zdjęcie chałupy Bafiów i udać się w dalszą drogę. Sfotografowanie budynku bez znajdujących się w jego tle ludzi nie jest sprawą łatwą. Chata sąsiaduje ze sklepem spożywczym, który cieszy się dużą popularnością. Dodatkowo przed wejściem muzeum stoi ławeczka, na której non stop ktoś przysiada: a to przechodzący wolnym krokiem starszy pan, który postanowił odpocząć, po nim dwaj pracujący w pobliżu robotnicy budowlani, następnie kolejny pan, który kupił bułkę w sklepiku i postanowił ją skonsumować na miejscu, dalej znowu dwóch panów z piwem …. Od razu ławeczka w Chochołowie skojarzyła mi się ze słynną ławeczką z serialu „Ranczo”, której dorównuje popularnością.

Pamiątką Powstania Chochołowskiego jest figura Świętego Jana Nepomucena. Wcześniej podczas moich podróży w kilku miejscach widziałam figury świętego. Ta wyróżnia się kolorystyką, jest bardzo barwna, wręcz bajkowa. Święty Jan Nepomucen stoi tyłem do wsi Czarny Dunajec, której mieszkańcy nie tylko nie przyłączyli się do powstania, ale dodatkowo pomagali je tłumić.

Przez wieś nieśpiesznie przespacerowałam się kilka razy, ciesząc się piękną słoneczną pogodą, tym bardziej, że po niedawnej burzy nie było już śladu.

Przeszłam obok budynku dawnej remizy, w którym później mieściła się poczta, a obecnie stoi pusty i czeka na nowego właściciela.

Zajrzałam na podwórko miejscowej Szkoły Podstawowej imienia Powstańców Chochołowskich.

Wstąpiłam do Kościoła Świętego Jacka. Tam przeczytałam informacje o historii miejscowości, kościoła i Powstaniu Chochołowskim, którymi mogę się podzielić. Nowy kościół został zbudowany pod koniec XIX wieku na miejscu XVII-wiecznego kościółka drewnianego. Fundatorem i budowniczym kościoła był ksiądz Wojciech Blaszyński, który zginął w wypadku podczas budowy kościoła.

Przed kościołem znajduje się kamienny obelisk, upamiętniający Powstanie Chochołowskie.

Po zwiedzeniu kościoła chciałam zobaczyć miejscowy cmentarz. Lubię spacerować po cmentarzach, zwłaszcza tych starych. Są one dla mnie nie tylko miejscem zadumy, pamięci o zmarłych, ale także źródłem informacji o historii miejsca, w którym żyli. Z drogi głównej nie widziałam cmentarza i nie wiedziałam, gdzie się znajduje. Wstąpiłam do miejscowego sklepiku, znajdującego się przy skrzyżowaniu drogi głównej, przebiegającej przez Chochołów z drogą prowadzącą w kierunku przejścia granicznego. Bardzo miła Pani ekspedientka wskazała mi drogę na cmentarz. Chwilę porozmawiałyśmy o miejscach wartych zobaczenia w Chochołowie i Dzianiszu, przez który wcześniej przechodziłam, a z którego pochodziła moja rozmówczyni. Dowiedziałam się, że do przejścia granicznego ze Słowacją jest tylko kilometr, więc po wizycie na cmentarzu postanowiłam udać się w tamtym kierunku.

Do cmentarza parafialnego dochodzi się drogą, która znajduje się tuż obok kościoła Świętego Jacka. Po drodze minęłam dwa inne bardzo stare cmentarze, niestety nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji na ich temat. Pierwszy znajdował się po prawej stronie drogi. Właściwie była to pozostałość dawnego cmentarza. Cały teren był zadbany, a na otoczonym murowanym ogrodzeniem terenie znajdował się tylko jeden nagrobek.

Fragment drugiego cmentarza znajdował się po lewej stronie drogi, tuż przed wejściem na cmentarz parafialny. Jest to niewielki teren w kształcie trójkąta ogrodzony drewnianymi tyczkami. W wysokich zaroślach udało mi się wypatrzeć tylko jeden powalony, metalowy krzyż.

 W końcu dotarłam na cmentarz parafialny w Chochołowie. Ma on niedużą powierzchnię, więc szybko obeszłam go wokół.

Na cmentarzu znajduje się mogiła, w której pochowano jedenaście ofiar terroru hitlerowskiego i czterech partyzantów, którzy zginęli w 1939 roku.

Moją uwagę zwróciły piękne, stylowe, drewniane krzyże, które znajdują się na niektórych grobach porośniętych kolorowymi kwiatami.

Po wizycie na cmentarzu udałam się w stronę przejścia granicznego Chochołów – Sucha Hora (Sucha Góra). Przekroczyłam most na Czarnym Dunajcu, popatrzyłam na starą skocznię narciarską i dotarłam do miejsca, w którym kończy się Chochołów. Wcześniej miałam zamiar przejść na stronę słowacką i zobaczyć Sucha Horę (bardzo podoba mi się nazwa). Niestety zaczął zapadać zmrok i nie zdążyłam. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś powrócić w tamte strony, bo miejsca są urocze, klimatyczne, takie jak lubię.

Przy drodze Chochołów – Sucha Hora znajduje się głaz upamiętniający powrót do kraju z Rumunii w 1941 roku marszałka Edwarda Rydza Śmigłego.

Przemierzając ostatni odcinek drogi zostałam głośno obszczekana przez pieski, które znajdowały się w boksach po lewej stronie drogi. Właściwie były to ogromne psiska – bernardyny, które hałasem chciały zaznaczyć swoją obecność. Udawały, że są bardziej groźne niż były w rzeczywistości i zapewne nie miały złowrogich zamiarów, o czym świadczyły ich nieustannie machające ogony. Przy okazji dowiedziałam się, o ciekawej inicjatywie utworzenia w tym miejscu Ekomuzeum. Ma to być profesjonalna lecznica dla zwierząt chronionych. Powstać ma Małopolski Fundusz Rehabilitacji Zwierząt Chronionych, a przy nim Park Miniatur Zabytków Karpackiej Kultury i Techniki Przemysłowej. Trzymam kciuki za powodzenie przedsięwzięcia.

Po miłej pogawędce z dwoma spotkanymi Panami na temat powstającego muzeum popatrzyłam jeszcze raz w stronę Suchej Hory, żałując że nie zdążę jej zobaczyć. Spojrzałam również na niebo, które przybierało czerwonawą barwę. Nie do końca byłam pewna, czy to tylko piękny zachód słońca, czy może zapowiedź gwałtownej zmiany pogody. Ponieważ starych górali, którzy mogliby rozwiać moje wątpliwości nie było pod ręką, postanowiłam wracać do Zakopanego. Po drodze przez chwilę poobserwowałam pracę strażników polskiej Straży Granicznej. Wcześniej wóz z oznaczeniem „Straż Graniczna” dwukrotnie minął mnie po drodze, po czym zatrzymał się w pobliżu rzeki. Panowie strażnicy przez lornetkę bacznie obserwowali przejeżdżające samochody. Typowali do kontroli pojazdy, w których potencjalnie mogły być szmuglowane towary. Akurat trafił się samochód dostawczy spod Rzeszowa, który od razu został zatrzymany, a jego kierowca przepytany na okoliczność zawartości paki transportowej. Okazało się, że nie był to przemytnik szmuglujący papierosy i alkohol z Ukrainy, tylko producent serów, który na drodze w kierunku granicy słowackiej znalazł się przypadkowo, bo pobłądził. Sympatyczni Panowie strażnicy wskazali kierowcy właściwą drogę i samochód spokojnie odjechał w kierunku Chochołowa.

Minąwszy po raz drugi most na Czarnym Dunajcu po kilku minutach znalazłam się na przystanku autobusowym. Na szczęście bardzo szybko złapałam busa do Zakopanego, a pobyt w Chochołowie stał się dla mnie wspomnieniem … bardzo miłym wspomnieniem.

7 Komentarze

  1. Kiedyś byłam tam z wycieczką szkolną, bardzo dawno. Dzięki Pani opisom i zdjęciom miejsce to odżyło w mojej pamięci. Zdjęcia Pani robi rewelacyjnie podobnie opisy doskonałe, nawet ja tak nie potrafię dobrze opisać.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.