Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego w Warszawie

Słysząc słowo defilada przed oczami staje jeden obraz – defilada na Placu Czerwonym w Moskwie. Na trybunach honorowych zjawiają się prezydent, premier oraz „znamienici goście”. Uroczystość nagłaśniają wszystkie media. 15 sierpnia 2015 roku w Warszawie odbyła się defilada z okazji Święta Wojska Polskiego. O tej warszawskiej też było głośno i to już na kilka dni przed jej rozpoczęciem, za sprawą próby generalnej, która odbyła się w nocy z 11 na 12 sierpnia. Chociaż od jej zakończenia minęły już ponad dwa tygodnie dzisiaj w kilku zdaniach chciałam przedstawić krótką relację.

Mimo, że nie jestem fanką parad i defilad postanowiłam udać się na spacer, a przy okazji co nieco zobaczyć. Niestety przed wyjściem z domu nie znalazłam nigdzie szczegółowego programu uroczystości. Przeczytałam tylko krótką informację, że będzie odbywać się w Alejach Ujazdowskich, na odcinku między Placem Trzech Krzyży, a ulicą Gagarina.

Na miejscu okazało się, że tak naprawdę najważniejsza część odbywała się na znacznie krótszej trasie – między Placem na Rozdrożu, a Belwederem. Niestety w wyniku mało precyzyjnych informacji część osób pozostała już przy Placu Trzech Krzyży i niewiele mogli zobaczyć.

Od samego początku założyłam sobie, że nie będę się wpychać w największy tłum. Zależało mi bowiem, na porobieniu zdjęć. Nie miałam szans przedostać się na sam początek defilady, nie widziałam zatem przemarszu oddziałów reprezentacyjnych i pocztów sztandarowych, a podobno było na co popatrzeć – maszerowało ponad 700 żołnierzy.

Po dotarciu na miejscu sfotografowałam pojazdy stojące na samym końcu defilady. W defiladzie brały udział pojazdy różnego typu, rozpoczynając od tych najmniejszych, czyli motocykli, quadów przez różnego rodzaje samochody, pojazdy opancerzone, kończąc na wielkich transporterach. Nie wszystkie udało mi się zobaczyć w Alejach Ujazdowskich. Część z nich mogłam obejrzeć dopiero podczas festynu żołnierskiego przy Stadionie Narodowym (a właściwie PGE Narodowym, bowiem od lipca 2015 roku zmienił nazwę i teraz tak się nazywa).

W oczekiwaniu na przejazd żołnierze chętnie pozowali do zdjęć i można było zamienić z nimi kilka słów. Ogólnie atmosfera była bardzo przyjazna. Poza żołnierzami polskimi byli też Amerykanie, na wozach Stryker (odpowiednik Rosomaków), którzy obstawiali „ogony” defilady.

W końcu rozpoczął się długo wyczekiwany przez wszystkich przejazd pojazdów. Trwał on zaledwie chwilę. Ruszyły one z dość dużą prędkością, więc minęło zaledwie kilka minut i było po wszystkim. Trochę byłam zaskoczona, że takie ogromne i ciężkie pojazdy przemknęły niczym błyskawica. Chyba zbyt dobrze utrwaliłam sobie w pamięci serial „Czterej pancerni i pies” i zatrzymałam się na etapie „Rudego 102″.

Po przejeździe pojazdów zdjęto bariery ochronne i wszyscy oglądający mogli  wejść na główną ulicę. Jeszcze nie zdążyłam dobrze rozejrzeć się wokół, gdy nadleciały samoloty. Pierwsze mnie zaskoczyły i nie zdążyłam zrobić zdjęcia, kiedy zniknęły z pola widzenia, pozostawiając biało – czerwoną smugę na niebie. Szybko więc ustawiłam aparat fotograficzny i na przylot następnych zdążyłam się przygotować.

Na niebie można było podziwiać sześćdziesiąt samolotów i śmigłowców, a wśród nich F-16, Su-22 i  MIG-29.

Gdy tylko zniknęły, udałam się w kierunku Belwederu, bo z daleka widziałam, że  tam jeszcze coś się działo.

Niestety na wysokości ulicy Szucha wszystkim pieszym próbującym przejść w kierunku Łazienek Królewskich drogę zagrodził kordon Żandarmerii Wojskowej. Dalej przejścia nie było – na ulicy prezentowane były pojazdy wojskowe, a na chodnikach zgromadziły się takie tłumy, że nie było szans, aby przedostać.

Prezentację pojazdów opancerzonych zobaczyć można było nie tylko na ulicy, ale i na ustawionych telebimach. Jednak szybko zrezygnowałam i postanowiłam wycofać się, bo stanie na ulicy przy żarze lejącym się z nieba nie miało większego sensu. Lepiej już obejrzeć transmisję w telewizji. Wracając posłuchałam komentarzy ludzi, którzy narzekali na złą organizację imprezy i na to że wojsko ich „olało”. Słyszałam też teorię spiskową – impreza została źle zorganizowana na złość nowemu prezydentowi.

W drodze powrotnej, idąc za dużą grupą osób skręciłam do Parku Ujazdowskiego. Tam odpoczynkiem w cieniu delektowali się ci, którzy zrezygnowali z przepychania się w kierunku Łazienek Królewskich. Ludzie porozkładali się na trawie, pod drzewami, nad stawem, nad strumykiem, lub przysiadali na ławkach na porozstawianych w niektórych miejscach. Wszystkie miejsca w cieniu były oblężone, a park dosłownie pękał w szwach.

Ja jednak się nie zatrzymywałam i postanowiłam pójść dalej, za tymi, którzy zmierzali na festyn przy stadionie. Po drodze wstąpiłam na dziedziniec Sejmu, Senatu i przed Kancelarię Prezydenta. Wiele osób robiło sobie zdjęcia, a niektórzy trochę popuścili sobie wodze fantazji, marząc o zajęciu miejsca w ławie sejmowej, choćby przez jedną kadencję.

Gdy dotarłam do Mostu Poniatowskiego moim oczom ukazał się w całej okazałości widok Wisły i Stadionu Narodowego. W rzece było bardzo mało wody, a tuż przy moście utworzyła się wielka, piaszczysta łacha, wyglądająca jak wyspa. Dużą popularnością cieszyła się plaża przy stadionie, na której wypoczywały tłumy opalających się. Niektórzy nawet dla ochłody nie pogardzili kąpielą w mętnej, brunatnej wodzie wiślanej.

W końcu dotarłam na festyn żołnierski, który odbywał się na błoniach Stadionu Narodowego. Na samym początku powitała mnie kolejka oczekujących na grochówkę przy kuchni polowej. Zupy jeszcze nie wydawali, ale kolejka już stała i sukcesywnie się wydłużała, niczym w czasach głębokiego PRL- u.

Dalej dostrzegłam pojazdy wojskowe, a raczej tłum ludzi, który je „okupował”. Na niektórych było tyle osób, że trudno było dostrzec jaki typ pojazdu znajduje się pod spodem.

Spośród pojazdów szczególne zainteresowanie wzbudzały czołgi Leopardy i kołowe transportery opancerzone ROSOMAK. Dużo było pojazdów Wojsk Specjalnych, Żandarmerii Wojskowej i pojazdów sanitarnych z pełnym wyposażeniem.

Muszę przyznać, że nawet dla mnie – osoby, która w ogóle się na tym nie zna było to ciekawe doświadczenie. Najbardziej z możliwości zobaczenia sprzętu wojskowego cieszyły się dzieci. Zakładały elementy stroju wojskowego i wchodziły do środka pojazdów. Dzieciaki miały też frajdę i dużo radochy, bo zorganizowano im plac zabaw z torem saperskim i innymi atrakcjami.

Wśród stojących  pojazdów spotkałam „znajomych” amerykańskich żołnierzy którzy jako jedni z ostatnich zamykali defiladę w Alejach Ujazdowskich, a na stadionie bardzo fajnie pozowali do zdjęć.

Na festynie nie zabrakło też VIP-ów. Poprzez tłum ludzi dostrzegłam Ministra Obrony Narodowej i kilkunastu wysokich rangą wojskowych. W pierwszej chwili myślałam, że to nowy zwierzchnik Sił Zbrojnych zaszczycił imprezę swoją obecnością.

W innym miejscu trafiłam na kolejną kuchnię polową. Tym razem taką, która wydawała zupę. Miałam nawet ochotę posmakować wojskowej grochówki, tym bardziej, że kolejka nie była zbyt długa. Niestety wydawanie zupy trwało tylko chwilę, a większość oczekujących załapała się tylko na musztardę po obiedzie.

Popatrzyłam także na kilometrową kolejkę po wodę, którą przywieziono beczkowozem, jak również równie długą kolejkę do jedynego punktu gastronomicznego, gdzie można było kupić grillowane kiełbaski i napoje. Pod tym względem zaopatrzenie było bardzo słabe.

Na koniec pobytu zawędrowałam jeszcze pod scenę, gdzie występowały zespoły wojskowe. Najpierw musiałam przejść przez bramkę, gdzie ochrona skrupulatnie przeszukiwała zawartość torebek. Dobrze, że bałaganu zbyt dużego nie miałam. Bardzo podobały mi się śpiewane pieśni wojskowe, ale niestety pod sceną zbyt długo nie wytrzymałam. Dla słuchaczy nie było żadnego zadaszenia. Po wysłuchaniu trzech pieśni i utrwaleniu na słońcu greckiej opalenizny musiałam sobie darować dalsze występy, bo upał był niemiłosierny.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.