Uliczne jedzenie w Pekinie

Będąc w Pekinie trzeba koniecznie spróbować słynnego ulicznego jedzenia sprzedawanego w wielu miejscach miasta. Ulica handlowa Wangfujing, a właściwie odchodząca od niej mała, boczna uliczka Wangfujing Snack Street to adres doskonale znany każdemu turyście przybywającemu do stolicy Chin.

Pekin to raj dla miłośników dobrego jedzenia, a Chińczycy to mistrzowie kulinarni. Niektóre serwowane potrawy wyglądają jak prawdziwe dzieła sztuki. Street food to prawdziwy raj dla oczu, choć nie zawsze dla podniebienia.

Na ulicę Wangfujing wybrałam się po raz pierwszy w niedzielę. Nie był to dobry pomysł. Po przekroczeniu wielkiej bramy, gdzie zaczynała się uliczka natknęłam się na ogromne tłumy ludzi. Byli to głównie chińscy turyści, ale też trochę Europejczyków i Amerykanów. W ciągu tygodnia byłam jeszcze dwukrotnie i zdecydowanie polecam wizytę poza weekendem. Ludzi mało, sprzedawcy mniej nachalni i spokojniejsi, sprawiali wrażenie jakby odpoczywali po weekendowym szaleństwie.

Tuż po wejściu na ulicę Wangfujing Snack Street oczom ukazują się stragany z jedzeniem. Wzrok przyciągały te ze skorpionami, konikami polnymi, larwami, szarańczami i innymi cudeńkami.

Na niektórych stoiskach przekąski nadziane na patyki i przygotowane do pieczenia jeszcze machały nóżkami.

Sprzedawcy zachęcali do zakupu, ale niewiele osób decydowało się na spróbowanie „przysmaków”.

W zasadzie widziałam tylko jednego pana, który zdecydował się skosztować skorpionów. Był to młody Chińczyk, przebywający w towarzystwie trzech dziewczyn. Chyba chciał im zaimponować, bo po zjedzeniu dania był bardzo z siebie dumny. Dziewczyny głośno się śmiały i robiły mu zdjęcia. Widać było, że dla nich też była to wielka atrakcja, a nie codzienność. Wniosek z tego taki, że oni też nie jedzą tych potraw na co dzień i podobnie jak dla nas była to nowość i ciekawostka.

Patrząc na stosy jedzenia leżące na ladach zastanawiałam się, jak długo te przysmaki leżą na słońcu, skoro tak niewiele osób decyduje się na zakup.

Odniosłam wrażenie, że cała ulica jest zrobiona na pokaz „pod turystów” – oczywiście każdy musi tam być, posmakować przekąsek, zrobić zdjęcia i pochwalić się co widział i co zjadł.

Z „bezpiecznych” dań zdecydowałam się na zakup mięsnego szaszłyka. Był bardzo smaczny – miękki i dobrze doprawiony. W zasadzie było to najlepsze danie jakie jadłam na tej ulicy.

Widok długich stołów w jednym z pawilonów, przy których dość ciasno siedzieli ludzie, jedząc obiad skusił mnie i postanowiłam na chwilę przysiąść, aby co nieco przekąsić.

Zamówiłam makaron z warzywami, który na zdjęciu wyglądał dość smakowicie. Moja córka zdecydowała się na tteokbokki (koreańskie ryżowe kluski na ostro). Niestety dania te odbiegały jakością (na niekorzyść) od tych spotykanych w innych częściach miasta. Były o wiele droższe i niezbyt smaczne. W zasadzie były to najgorsze potrawy jakie jadłyśmy w Pekinie.

Myślałam, że to może moja subiektywna ocena. Siedząc jednak przy długim stole z innymi turystami (samymi Chińczykami) zauważyłam, że nie tylko mi nie smakowało. Naprzeciwko siedział młody człowiek, który zamówił z pięć dań. Długo „łowił” zawartość swoich miseczek i próbował potraw doszukując się wykwintnych smaków. Dość szybko jednak poddał się i zrezygnowany odszedł od stołu pozostawiając napoczęte i niedojedzone dania.

Będąc drugi raz w tym miejscu na pewno nie zamówiłabym jedzenia, ograniczając się jedynie do zrobienia zdjęć.

Interesyjących obiektów do fotografowania było sporo. Dość ciekawie i oryginalnie wyglądały małe opiekane pisklaki. Początkowo myślałam, że są to małe kaczki lub kurczaki. Tablica nad stoiskiem informowała, że były to jednak gołębie. Sprzedawano je na kilku stoiskach. Jedne mniej, inne bardziej wypieczone (w całości – z głową, dziobem i wyłupiastymi oczami), oblane słodkim sosem, przyciągały wzrok, mieniąc się różnymi odcieniami brązu.

Im dalej wchodziłam w głąb ulicy tym było coraz ciaśniej. Ludzie próbowali przejść w jedną i drugą stronę wąskiej uliczki, z trudem przeciskając się między stoiskami.

Już poza samym wyglądem potraw, od skosztowania powstrzymywał mnie jeszcze brak miejsca i warunki sanitarne w jakich je przygotowywano. Na środku uliczki ustawiono wielkie kontenery na śmieci, które blokowały przejście. Dodatkowo wydobywał się z nich strasznie nieprzyjemny zapach od którego w upalny dzień robiło się niedobrze.

Z dań „jadalnych” apetycznie, chociaż mniej widowiskowo, prezentowały się różnego rodzaju pierożki dim sum. Miały one przeróżną wielkość i kształty, a w środku wypełnione były rozmaitymi farszami.

Bardzo ładnie i fotogenicznie prezentowały się owoce morza. Wyglądały na świeże i smaczne.

Dużo było też różnego rodzaju owoców, które podawano nadziane na patyki. Wyglądały jak szaszłyki. Jednak mimo, że miałam ochotę na taką przekąskę z obawy przed dolegliwościami żołądkowymi nie zdecydowałam się posmakować. Większość z nich była pokrojona na kawałki i długi czas przebywała na słońcu, więc lepiej było nie ryzykować. Podczas przebywania przez dziesięć dni w Pekinie, ani razu nie dopadły nas dolegliwości żołądkowe. Tym samym pięć rodzajów leków, które profilaktycznie zabrałam ze sobą szczęśliwie powróciło do domu w stanie nietkniętym.

Jeśli miałabym czegoś spróbować to zapewne zdecydowałabym się na arbuza. Końcówki soczystych, dorodnych owoców były obcinane. Do środka owocu sprzedawca wkładał blender, który miksował soczysty miąższ i w ten sposób powstawał świeży napój.

Wzrok przyciągały też kolorowe bubble tea. Na wielu stoiskach na ulicach Pekinu spotkać można było sprzedawane jogurty, które wypijało się przez słomkę. Kusiły one swym wyglądem, jednak nie zdecydowałam się na zakup takiego z ulicy, bo cały dzień stał na słońcu. Kupiłam go w sklepie, obok naszego hotelu. Smakował wyśmienicie – lekko kwaskowy, o słodkawym, delikatnym smaku.

Wizyta na ulicy Wangfujing była ciekawym doświadczeniem i na pewno warto tam wstąpić, choćby na krótką chwilę. Jest to miejsce, gdzie takiej ilości ulicznego jedzenia nagromadzonego w jednym miejscu nie spotyka się nigdzie w Pekinie.

Poza ulicą Wangfujing bardzo popularna jest też ulica Qianmen i odchodzące od niej małe uliczki. Ta ulica zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Wracałam na nią kilkakrotnie, aby pochodzić po sklepach, straganach lub po prostu pospacerować.

Ulicznego jedzenia było mniej, ale wyglądało bardziej apetycznie. Na ulicach nie było takich tłumów, a atmosfera zdecydowanie przyjaźniejsza. W bocznych uliczkach ulokowały się małe restauracyjki i bary, do których można było wstąpić. Ci, którzy „jedli tylko oczami” mogli poobserwować przez otwarte szeroko okna lub drzwi kuchni pracę kucharzy i popatrzeć na przygotowywanie potraw.

Wśród dań królowała słynna kaczka po pekińsku. Tłuściutkie kaczuszki piekły się w piecach wystawionych na ulicy i wyglądały bardzo smacznie. Co prawda ja tej ulicznej nie próbowałam. W restauracji na  Qianmen zamówiłam jednak słynny przysmak i nie zawiodłam się. Był znakomity.

Dużo było także owoców. Wśród nich pięknie wyglądały kandyzowane rajskie jabłuszka, krojone na kawałki arbuzy i melony.

Sporo było także różnego rodzaju słodyczy.

Od czasu do czasu spotykało się też przekąski, których w Europie się nie jada. W porównaniu z ulicą Wangfujing na  Qianmen było ich jednak niewiele.

Stoiska z ulicznym jedzeniem można spotkać w różnych częściach Pekinu – wprost na ulicach, obok wejść do metra, zabytków, muzeów, parków, w hutongach, a nawet w przejściach podziemnych.

Popularną przekąską serwowaną przy atrakcjach turystycznych są parówki podawane na ciepło oraz pieczone udka kurczaka w panierce. Skusiłam się na te przekąski podczas zwiedzania zoo i Pałacu Letniego. Parówki mają lekko słodkawy smak i sprawiają wrażenie surowszych w środku od tych, które znamy w Polsce. Kurczak w panierce smakuje tak samo jak u nas.

Czasami miejsca sprzedawania ulicznego jedzenia mogą być dość zaskakujące. Na przykład kilka razy spotkałam panie, które porozkładały swój warsztat pracy (czyli patelnię, na której smażyły się parówki) na środku podziemnego przejścia podziemnego. Zapach jedzenia w dusznym tunelu, przy bardzo wysokiej temperaturze i słabej wentylacji był nie do zniesienia. Musiałbym być bardzo zdesperowana, aby kupić jedzenie w takim miejscu. Nie było tam żadnego zaplecza sanitarnego, a tłumy przechodzących ludzi wzbijały tumany kurzu, który opadał wprost na gorące patelnie.

W wielu miejscach można spotkać pojazdy z naczepą, z których sprzedawcy bezpośrednio sprzedawali jedzenie, głównie owoce.

W Pekinie nie ma obawy, że ktoś choć przez chwilę będzie głodny. Ogromny wybór jedzenia sprawia, że każdy znajdzie coś dla siebie, nawet ci najbardziej wymagający.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.