Co dobrego zjeść w Pekinie?

Co dobrego zjeść w Pekinie? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, bo wybór potraw jest ogromny.

Najważniejszym posiłkiem dnia w Chinach jest śniadanie. Bardzo często jest ono spożywane na ciepło, poza domem, w barze lub restauracji. W pobliżu hotelu, gdzie się zatrzymałam mieściło się wiele barów specjalizujących się w podawaniu  śniadań. Oczywiście tuż obok były inne, serwujące obiady i kolejne specjalizujące się w podawaniu posiłków wieczornych. Byłam zaskoczona, że każdego poranka  do baru, przychodziło mnóstwo ludzi -  zarówno turyści, jak i w przeważającej części miejscowi. Prawie wszystkie stoliki były zawsze zajęte.

Śniadanie było spożywane na ciepło. Jego podstawę stanowiły pierożki. Najpopularniejsze z nich to baozi. Baozi to pierożki gotowane na parze w kształcie okrągłych kul wyglądających jak nasze pyzy i nadziane w środku różnymi rodzajami farszu. Najbardziej zasmakowały mi z nadzieniem z grzybów i jajka, a także z farszem mięsnym. Podawane były w dwóch rozmiarach: dużym i małym. Duże to wersja śniadaniowa sprzedawana na wynos. Leżały one w wielkiej misie ustawionej na stoliku tuż przy wejściu do baru. Jadało się je bez sosów. Małe jadało się w restauracjach z sosem  sojowym. Niestety sosy serwowane do baozi osobiście nie przypadły mi do gustu. Żaden z nich mi nie smakował, więc z nich zrezygnowałam. Cena za pierożki wahała się od 2 do 4,5 juanów (1,30 zł – 3,00 zł) za sztukę. Standardowo na porcję składały się trzy sztuki.

Pierożki jadało się nie tylko na śniadanie, ale w ciągu dnia. W Polsce często nazywa się je dim sum. W Chinach jest to określenie używane do wszelkiego rodzaju przekąsek. Poza baozi popularne są  jiaozi, podobne do naszych polskich pierogów i wonton podawane w rosole.

Bardzo popularnym daniem śniadaniowym były też różnego rodzaju zupy. Zauważyłam, że osoby, które przychodziły w większym gronie zamawiały porcję zupy dla każdego i wielką michę pierogów, z której wszyscy się częstowali.

Wybór zup był dość duży. Trochę obawiałam się, że trafię na bardzo ostrą, z papryką chili, którą trudno byłoby przełknąć. Na szczęście wybrałam łagodną zupę z kluskami/pierożkami z nadzieniem mięsnym i pływającymi małymi krewetkami (z wielkimi, wyłupiastymi oczami). Pozostałam jej fanką do końca pobytu.

Niektórzy spożywali skromniejsze śniadania składające się z kaszki ryżowej. Miała ona dosyć rzadką konsystencję. Niekiedy dodawano do niej dodatki typu bakalie, warzywa, owoce morza, a nawet mięso.

Czasami marzyłam o zwykłej kanapce na śniadanie. Niestety chleba jaki znamy u nas nie można kupić. Mają jedynie pieczywo tostowe, do którego można dokupić serek topiony. Cena chleba wynosiła około 9 juanów (6 zł), a sera aż 20 (13 zł). Łatwiej za to kupić różnego rodzaju słodkawe bułeczki, przypominające nasze bułki maślane. Często z różnorodnym nadzieniem w środku. Najbardziej smakowały mi z nadzieniem bananowym.

Wracając do tematu zup. Będąc w Chinach warto spróbować zupek instant, które sprzedawane są w dużych, plastikowych kubełkach. Podstawę stanowi makaron, do którego dodaje się przyprawy, czasami mięso. Wody nie może być zbyt dużo, aby makaron pozostał gęsty i dał się jeść widelcem (dołączonym do zestawu).

Chiński obiad to posiłek dość wczesny, jedzony w godzinach 12.00 – 14.00. Ku mojemu zaskoczeniu najczęściej podawany był makaron (nudle), a nie ryż. Serwowany na wiele sposobów i przygotowywany na bazie kilku rodzajów makaronu. Spożywano go zarówno na ciepło, jak i na zimno.

Wybierałam te podawane na ciepło. Jednak w ostatnich trzech dniach mojego pobytu kiedy pogoda na dworze była upalna, a panująca nieprzerwanie od dnia przyjazdu wilgoć ustąpiła, zaczęto standardowo serwować go na zimno. Bałam się poprosić o ciepłe danie, bo obawiałam się, że prosząc o wersję „hot” dostanę z dużą ilością papryki i nie dam rady zjeść.

Dania z makaronem jadałam w różnych miejscach. Kosztowały od 10 juanów (6,50 zł), w barze na „naszej ulicy” (Fahuasi) do 32 juanów (21 zł) w hotongu niedaleko Zakazanego Miasta.

Będąc w restauracji z rodziną lub znajomymi posiłki spożywa sie wspólnie. Zamawia się wiele potraw, które ustawia się na okrągłym obrotowym stole. Każdy dostaje miskę ryżu, a na talerzyk nakłada sobie mięso i warzywa. Je się pałeczkami maczając wcześniej potrawę w sosie.

W Pekinie koniecznie trzeba spróbować słynnej kaczki po pekińsku. W wielu miejscach widać pieczone kaczki, Częste są też reklamy restauracji specjalizujących się w przyrządzaniu tylko tego przysmaku. Wszystkie te uliczne kaczki obejrzałam i porobiłam im zdjęcia. Natomiast jako miejsce konsumpcji wybrałam jedną z restauracji na tyłach ulicy Qianmen. Miała ładny wystrój, dużo stolików, a miły chłopak przy wejściu zachęcał do wejścia (bez nachalności). W restauracji nie było zbyt wielu osób bo byłam w zwykły dzień roboczy.

Zamówiłam kaczkę po pekińsku i reklamowane przez kelnera pierożki. Kaczkę podaje się z cieniutkimi, prawie przezroczystymi placuszkami, przypominającymi nasze naleśniki. W placuszek zawija się kaczkę, z ogórkiem i cebulą, a następnie macza w słodkim sosie sojowym z miodem. Dobrze wypieczona, pokrojona na cienkie plasterki, z chrupiącą zrumienioną skórką smakowała znakomicie. Jeszcze dziś na jej wspomnienie cieknie mi ślinka. Cena za całość bardzo przyzwoita – 112 juanów (73 zł) na dwie osoby (w tym 1/2 kaczki, 2 zielone herbaty po 5 juanów (3 zł) i pierożki za 35 juanów (23 zł)).

Inną znaną potrawą, którą warto spróbować jest hot – pot, czyli gorący kociołek. Do gotującego się wywaru wrzuca się przyprawy, warzywa, małe grzybki i pozostałe składniki według upodobania. Odpowiedni bar wypatrzyłam niedaleko stacji metra Ciqikou, wracając któregoś dnia wieczorem do hotelu po zwiedzaniu miasta. Znajdował się tuż obok małego, lokalnego bazarku i w dzień był zupełnie niewidoczny. Klienci przychodzili dopiero wieczorem. Przy stolikach siedzieli sami miejscowi, głównie mężczyźni. Było tłoczno, gwarno i wesoło. Najbardziej jednak wzrok przyciągały potrawy, które podawano. Przy stolikach stały kilkupoziomowe stojaczki, na których ustawiano talerze z produktami do przygotowania hot – potu i barbecue. Bar miał bowiem bardzo wąską specjalizację. Serwowano w nim tylko i wyłącznie hot -  pot i koreańskie barbecue. Tego drugiego niestety nie zdążyłam spróbować.

Następnego dnia nie zastanawiając się zbyt długo razem z córką przyszłyśmy do baru. Przywitało nas dwóch młodych chłopaków z obsługi. Obaj nie znali angielskiego. Jeden z nich od razu zrezygnował z próby dogadania się. Był bardzo wstydliwy. Natomiast drugi potraktował to jako wyzwanie i dobrą zabawę. Bez problemu udało się porozumieć na migi. Właściciel baru przygotował malutką karteczkę na której napisane były po angielsku nazwy produktów, które można było zamówić do swojego dania. Zamówiłyśmy wołowinę, warzywa, grzyby i dodatkowo chińską kapustę. Przyniesiono nam wszystkie produkty i ustawiono na stojaczku obok stoliczka. Po chwili na stole, w dużej okrągłej misie zamontowanej na stole wylądował kociołek z wrzącą wodą. Wołowina pokrojona była na cieniutkie plasterki, a grzyby na drobne kawałki. Gdy spojrzałam na grzyby zaczęłam trochę się obawiać, że mogą mi zaszkodzić zjedzone na noc. Nie znałam tego gatunku i nie za bardzo wiedziałam jak długo je gotować. Postanowiłam jednak zaryzykować. Ostatecznie w razie komplikacji żołądkowych mogłam zażyć, któreś z pięciu rodzaju lekarstw, które zabrałam ze sobą. Zagadką był dla mnie nie tylko czas gotowania grzybów, ale też pozostałych składników. W takich momentach można było jednak liczyć na „sąsiadów” siedzących przy stoliku obok oraz  sympatycznego kelnera. Dość szybko uporałyśmy się z ugotowaniem i zjedzeniem pierwszej części produktów, a po chwili zdecydowałyśmy się zamówić dodatkową porcję wołowiny. Spodziewałam się ognia w gębie, czyli wersji „hot”, a tu miła niespodzianka. Ku mojemu zaskoczeniu kociołek miał delikatny, łagodny smak. 

Jednak największą frajdę podczas wyjścia do baru sprawiała nam obserwacja ludzi. Oczywiście nasze przybycie wzbudziło sensację i byłyśmy główną „atrakcją” wieczoru. Podobnie jak oni na nas tak my na nich patrzyłyśmy z wielkim zaciekawieniem. Ogólnie było bardzo wesoło. Wszyscy się do wszystkich uśmiechali. Obok przy dużym, okrągłym stole siedziało kilku panów, którzy zamówili koreańskie barbecue. Wydawało nam się, że szef zaprosił swoich podwładnych na kolację. Opowiadał dowcipy, z których panowie próbowali się śmiać. Miałam wrażenie, że czasem wymuszonym śmiechem, po zapewne tak wypadało. Z pozostałych uczestników biesiady rzadko ktoś się odzywał. Dopiero gdy trochę podpili, stali się bardziej rozmowni i weselsi.

Zamawiali prawie same warzywa, które kelner przynosił im i kroił na gorącej patelni. Mięso było tylko dodatkiem do warzyw, a nie jak u nas produktem głównym. To zapewne z uwagi na cenę. Za cały nasz kociołek zapłaciłyśmy 131 juanów (85 zł) i po godzinie zakończyłyśmy ucztę. Był to świetny wieczór, na wspomnienie którego jeszcze dzisiaj uśmiecham się do siebie.

Z ciekawości zajrzałam do chińskiego Starbucksa, aby napić się matcha frappuccino w upalny dzień.

W stolicy Chin można znaleźć też mnóstwo fast foodów w stylu zachodnim. W Warszawie rzadko do nich chodzę, a jeśli już to najczęściej wybieram KFC. W Pekinie też wstąpiłam, aby porównać smaki. Myślałam, że kurczaki będą smakowały inaczej niż u nas, ale były podobne. Nawet nie były zbyt ostre. Z nowości w zestawie natrafiłam tylko na panierowaną ośmiornicę.

Na zakończenie pozostały słodkości, czyli chiński deser. Typowych słodyczy jest mało. Są one mało popularne i dość drogie. Bez problemu można kupić słodkie bułeczki, a w wyspecjalizowanych stoiskach sprzedawane są chińskie „cukierki”. Jednak w smaku nie przypominają tych znanych u nas. Bardzo popularne są natomiast owoce, w tym kandyzowane jabłuszka, które można spotkać w wielu miejscach miasta.

4 Komentarze

    • Ja na szczęście tego nie doświadczyłam, chociaż na miejscu nie miałam zbytnio ochoty na jedzenie. To zapewne przez upał i wilgoć w powietrzu. Na szczęście wszystkie potrawy, które jadłam bardzo mi smakowały, chociaż niektóre kupowałam na wyczucie, nie do końca wiedząc na co trafię. :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.